O tym jak radzę sobie z puszeniem włosów...

08:00


Zgodnie z zapowiedzią dzisiaj notka o tym jak radzę sobie z puszeniem włosów. No właśnie… już sobie radzę, ale przez długi czas był to problem z którym bezskutecznie walczyłam.
Moje włosy generalnie są zdrowe, nie łamią się, nie rozdwajają, a jednak wyglądają bardzo nieciekawie, bo bardzo upodobały sobie puszenie.
Na szczęście egzamin zdały dwa produkty, dzięki którym nie wyglądam jak wkurzony lew, a moje włosy nie przypominają siana.
Mowa tu o nawilżającym mleczku bez spłukiwania mango i aloes od Balea oraz olejku do włosów Sayoss.


Mleczko kupiłam w lutym za ok. 70 kc i używam go regularnie po każdym myciu włosów. Opakowanie to butelka z pompką, która niestety od czasu do czasu żyje własnym życiem i lubi sobie prysnąć nie zawsze tam gdzie ja chcę. Ale generalnie to i tak dużo wygodniejsze niż wyciskanie produkty z tubki.




Mleczko ma konsystencję rzadkiego kremu, a raczej balsamu, jest lekko tłuste, ma białawy kolor i pięknie pachnie owocem mango.



Nakładam je w słusznej ilości (tj. ok. 4-5 pompek) na umyte i wilgotne włosy, pomijając ich nasady, by nie obciążyć włosów. Zależy mi jedynie na ich „dociążeniu”, o ile można tak to nazwać.

Drugi produkt, czyli olejek Sayoss stoi w mojej łazience od dobrych kilku miesięcy i zużyłam go dopiero połowę.


Olejek mieści się w 100 ml buteleczce z dozownikiem, ma intensywnie żółtą barwę i bardzo przyjemny, „fryzjerski” zapach. Pompka świetnie działa i dozuje odpowiednią dla mnie ilość kosmetyku, czyli niezbyt dużą plamę olejku. Tyle wystarczy mi na nałożenie specyfiku na 1/3 długości włosów.


 Tak więc po umyciu włosów i zmyciu odżywki nakładam na włosy najpierw mleczko Balea, a potem olejek Sayoss, szczególnie skupiając się na końcówkach.
Połączenie sprawdza się genialnie (o wiele lepiej niż w przypadku użycia pojedynczego kosmetyku).


Moje włosy dobrze tolerują ten zestaw, nie przetłuszczają się po jego użyciu, nie sklejają, ani nie puszą. Stają się ujarzmione i wygładzone oraz pięknie pachnące. Do tego zauważyłam, że bardziej się błyszczą.
Oczywiście mieszankę należy nakładać na włosy z umiarem, bo łatwo można przesadzić, a wtedy oprócz mycia nic im nie pomoże.

Tak właśnie wygląda mój sposób na puszenie się czupryny. I choć jestem zauroczona tymi produktami to już mam plan, by po zużyciu olejku Sayoss (a to jeszcze trochę potrwa) zastąpić go arganowo-migdałowym olejkiem od Alverde. Ciekawa jestem jego działania, więc jeśli macie już z nim jakieś doświadczenia to piszcie :-)

Yzma

Zobacz także:

14 komentarze

  1. u mnie pomaga na szczęście kropla zwykłego olejku :)

    OdpowiedzUsuń
  2. mam podobny olejek ale z L'oreal i czeka na swoją kolej. Boję się jednak, że będzie obciążał moje włosy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Użyty w niewielkiej ilości nie powinien zrobić krzywdy:)

      Usuń
  3. Za Syossem jakoś nie przepadam, ale w połączeniu z Baleą może być fajnym produktem :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja dopiero co kupiłam olejek Alverde, więc się nie wypowiem. Zachęciłaś mnie do spróbowania Syos w przyszłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olejek Alverde to mój kolejny cel:)

      Usuń
  5. "dzięki którym nie wyglądam jak wkurzony lew" hahaha :D
    chętnie spróbowałam tego zestawu, bo też często tak właśnie wyglądam, ale niestety nie mam dostępu do kosmetyków Balea...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyglądam jak wściekły lew:) strach się bać :-D

      Usuń
  6. Chętnie kupię ten olejek z SYOSS :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zeszłym tygodniu widziałam, że w Rossmannie był w promocji:)

      Usuń
  7. Ja mam z Balea odżywkę z tej serii i nawet jest spoko :)

    OdpowiedzUsuń
  8. mi się na szczęście nie puszą ;)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy