Maseczka morska ze spiruliną

10:00

Jak powszechnie wiadomo algi stanowią istny skarb w pielęgnacji każdej cery. Przede wszystkim dostarczają naszej skórze witamin oraz związków mineralnych, ale można wymienić cały szereg innych zalet, a wśród nich m.in. łagodzenie podrażnień i ukojenie skóry, nawilżanie, detoksykację, wygładzenie, okluzję itd.
Jedną z najbardziej cennych w kosmetyce alg morskich jest spirulina, czyli zielona alga. Ma ona szczególnie zbawienne właściwości w pielęgnacji cery problemowej- trądzikowej, podrażnionej, łuszczącej się. Jej regularne stosowanie powoduje złagodzenie podrażnień i zaczerwienień, likwidację stanów ropnych i zapalnych, ukojenie skóry, poprawę jej kolorytu i ujędrnienie.

Ze spiruliną pierwszy raz miałam kontakt na studiach, podczas zajęć z kosmetyki stosowanej. Używałyśmy wówczas preparatów jednej z francuskich firm, specjalizujących się w produkcji kosmetyków algowych.
Po latach postanowiłam wrócić do zabiegów ze spiruliną i zaopatrzyłam się w tzw. maseczkę morską na Biochemii Urody. Swojego zakupu dokonałam w marcu tego roku, ale regularnie maski zaczęłam używać dopiero od sierpnia.


Zacznę od chyba najistotniejszej rzeczy, której absolutnie nie można pominąć. Zapach, a raczej smród tego produktu sprawił, że po zakupie od razu odstawiłam ją w kąt. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że spirulina posiada swój charakterystyczny „glonowy” zapach pokarmu dla rybek. Dopiero potem do mnie dotarło, że kosmetyki używane na studiach miały znaczny dodatek substancji zapachowych, które niwelowały smród spiruliny. W maseczce z BU mamy samą śmierdzącą algę niestety…


Pomimo odruchów wymiotnych przemogłam się jednak i użyłam maski, bo wiem, że na moją cerę spirulina działa dobroczynnie.
Maskę rozrabiamy z wodą (najlepiej mineralną niegazowaną) i kładziemy na czystą twarz. Uwaga! Piorunujące efekty na domownikach murowane!
Musicie wiedzieć, że maska ma postać zielonego proszku, a po zmieszaniu z wodą przybiera kolor ostro-zielono-glonowo-shrekowy.


Po nałożeniu na twarz (nie nakładam jej pod nosem, ani w okolice moich nozdrzy) pozostawiam ją na ok. 15-20 min. Przez ten czas jakoś muszę sobie radzić i nie myśleć o smrodku na mojej facjacie…
Maska może zasychać na twarzy, co akurat nie jest najprzyjemniejsze, dlatego warto co jakiś czas spryskać ją np. wodą termalną.
Można oczywiście dodać odrobinę ulubionego olejku i myślę, że wtedy zapach mógłby być korzystniejszy.
Trzeba jednak przyznać, że maska zmywa się bezproblemowo i można się ją szybko pozbyć z twarzy.


Po zmyciu moja twarz jest wyraźnie rozjaśniona, gładka i ukojona, a także całkiem dobrze nawilżona i ujędrniona.
Działanie maski jest rzeczywiście zauważalne i warto poświęcić się dla tych efektów.

Lubicie algi? Używacie?



Zobacz także:

8 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. ja też, tylko ten smrodek mnie odrzuca... ;-)

      Usuń
  2. Fakt śmierdzi okropnie, ale na skórę działa cudownie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. ojj tak ja uwielbiam algi, mimo 'zapachu' nie zniechęcają mnie bo dają fajne efekty :) zapraszam do siebie w wolnej chwili, ja oczywiscie obserwuje :) http://www.patrycja-kowalczyk.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi nie pasuje tylko spirulina, reszta moich alg zawiera dodatki zapachowe i pachną całkiem ładnie :-)

      Usuń
  4. oooj tak, zapach jest fatalny! Ale działanie godne uwagi i... poświęcenia nozdrzy :P

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy