(SAMO)opalanie! Starcie Bielenda vs. Gosh

19:41

Dotychczas stroniłam od wszelkich mazideł samoopalających, głównie przez obawę zrobienia sobie plam oraz ten charakterystyczny smrodek spalenizny… W tradycyjny sposób też rzadko się opalam i raczej tylko podczas urlopowych wyjazdów, których niestety w tym roku nie uświadczę. Tego lata jednak przekonałam się, że opalenizna z tubki też może być fajna.
Dla porównania kupiłam dwa kosmetyki, które miały dać mojej skórze piękny, złocisty odcień.
Pierwszym z nich jest samoopalacz Gosh Self Tan Mousse, który ma zapewnić błyskawiczną opaleniznę bez smug. Producent poleca go zarówno do ciała jak i twarzy (czego nie próbowałam, bo od tego mam kropelki Clarins- RECENZJA).
Kosmetyk w opakowaniu jest płynny, zaś po naciśnięciu pompki wydobywa się delikatna pianka w ciemnym kolorze, jakby z lekką nutą zieleni. Zapach jest bardzo delikatny i dla mnie raczej obojętny.


Pianka dość łatwo rozprowadza się po skórze, głównie dzięki kolorowi, bo wiemy gdzie ją nałożyłyśmy. Taki przyjemny sposób nakładania występuje jedynie wówczas, gdy uprzednio wykonamy peeling ciała, w przeciwnym razie od razu tworzą się zacieki i samoopalacz zaczyna się rolować przed wchłonięciem. W przypadku tego samoopalacza konieczne jest więc starcie całej „opalenizny” przed nałożeniem kolejnej warstwy, zwykłe umycie żelem nic nie daje. Opalenizna w tym wypadku jest dość wyrazista, kolor skóry jest złocisto-brązowy, a smrodek bardzo delikatny. Niestety to produkt, którym można narobić sobie okropnych plam i zacieków. Mimo ogromnej staranności w aplikacji nagminnie zdarza mi się narzekać na ciemniejsze plamy.
Należy jednak uważać z tym kosmetykiem, bo opalenizna niestety jest bardzo nietrwała i oprócz wycierania się w piżamę i pościel, spływa także z każdą kropelką wody. Mam wrażenie, że to kosmetyk dający tylko powierzchniową, bardzo nietrwałą warstwę na skórze.


Drugim samoopalaczem w mojej łazience jest Bielenda Magic Bronze dla jasnej karnacji, który jest szeroko zachwalany w Internetach.
Kosmetyk ma również płynną formułę, a po wyciśnięciu pompki na dłoni pojawia się delikatna pianka.
Kolor pianki jest lekko beżowy, zdecydowanie jaśniejszy niż produktu marki Gosh. Zapach jest kwiatowy, dość mocny, ale podoba mi się.
Pianka rozprowadza się bardzo przyjemnie, w jej wypadku nie ma konieczności wykonywania peelingu codziennie, wystarczy 2 razy w tygodniu. W tej sytuacji opalenizna jest więc trwalsza i nieco mocniejsza niż po użyciu pianki Gosh. Smrodek samoopalacza jednak jest tutaj intensywniejszy.
Opalenizna pojawia się już po kilku godzinach od aplikacji, w tym wypadku cieszę się przybrązowioną skórą bez plam i smug. Trwałość również na plus dla Bielendy, bo podczas kąpieli bez peelingu samoopalacz zmywa się tylko w niewielkim stopniu.


Podsumowując- u mnie zdecydowanie wygrywa tańsza wersja marki Bielenda, z której jestem bardzo zadowolona. Zdaję sobie sprawę, że to pewnie nie ideał i do słynnych kosmetyków Vita Liberata wiele mu brakuje, ale póki co używam Bielendy z dużą przyjemnością, od czasu do czasu posmaruję się pianką Gosh, ale tu miłości nie było i nie będzie.
W ten sposób sama przekonałam się do samoopalaczy. Pamiętam o dokładnej aplikacji, często nawilżam skórę i regularnie ją peelinguję, co nie daje mi efektu „skwarki”, a jedynie lekki kolor, dzięki któremu nie jestem biała jak zwykle. W połączeniu z kropelkami do twarzy Clarins efekt jest moim zdaniem fantastyczny.

- dostępność: drogerie Rossmann, Hebe
- cena: Gosh 35-40 zł / Bielenda 20 zł

Zobacz także:

43 komentarze

  1. Moją siostrę pewnie by zainteresowało:) ja ostatecznie mam te kropelki do twarzy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. ja nie uzywam ale moja przyjaciolka ma obsesje. Boje sie i w sumie chyba nawet nie potrafie uzywac samoopalaczy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od czasu do czasu to się przydaje, warto spróbować :-)

      Usuń
  3. mam tą piankę z Bielendy, było fajnie przez kilka dni, a potem zaczęły się robić okropne plamy i nie mogłam ich domyć..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na szczęście nie mam z tym problemu :-) Do "zdzierania" samoopalacza polecam rękawicę kessa :-)

      Usuń
  4. Też bym wybrała Bielendę jeszcze mnie nie zawiodła;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. Na który? Oba cię nie interesują?

      Usuń
  6. Chętnie wypróbuję kiedyś Bielendę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że się nie zawiedziesz :)

      Usuń
  7. Nie miałam ani jednego, ani drugiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam Bielendę w razie czego ;-)

      Usuń
  8. Używam mgiełki samoopalającej z Bielendy, jestem oczarowana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam ją ostatnio na półce w Rosmannie i żałuję, że nie wzięłam...

      Usuń
  9. mam kopelki do ciała i twarzy z Clarins, bardzo lubię i przez nie też się przekonałam do takich cudaków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kropelki do twarzy uwielbiam, tych do ciała jeszcze muszę spróbować :-)

      Usuń
  10. A ja polecam Gosha, ale mleczko stopniowo tonujące. Nim nie można zrobić sobie krzywdy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie muszę obczaić, bo ta pianka na przyszłość jest u mnie zdyskwalifikowana ;-)

      Usuń
  11. ja zawsze boje sie samoopalaczy zebym nie narobiła nim wiecej szkód niż pożytku ....ale skoro Bielenda nie pozostawia smug to jest idealna dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam! Wystarczy dokładnie rozsmarować i nie przesadzać z ilością, a smug nie będzie na pewno :-)

      Usuń
  12. Bielendę [ciemniejszą wersję] mam i sobie chwalę. Trochę ciężko jednak wyciskać tą piankę, wciskanie dozownika jedną ręką wymaga trochę siły ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm ja nie mam z tym problemu a chuchro jestem ;-) Może masz felerną pompkę? ;-)

      Usuń
  13. Mam Sun Ozon z Rossmana i chyba muszę go w końcu pierwszy raz użyć :D Jakoś mi nigdy nie było po drodze z samoopalaczami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam spray Sun Ozon w ostatnich latach i bardzo go sobie chwaliłam :-)

      Usuń
  14. Mnie właśnie bardzo ciekawi Vita Liberata :). Ogólnie mało kiedy używam tego typu produktów, ale ciekawa jestem :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym go chętnie spróbowała, ale to już raczej w przyszłym sezonie :-)

      Usuń
  15. U mnie bielenda wypada srednio, a od Gosh miałam self tan lotion i był mega ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Od jakiegoś czasu jestem samoopalaczową maniaczką :)
    Tej dwójki jeszcze nie znam ale raczej po nią nie sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się polubiłam z takim rodzajem opalenizny i pewnie będę regularnie wracać do takich mazideł :-)

      Usuń
  17. niestety nie lubie samoopalaczy za ich specyficzny zapach i zawsze robia mi sie plamy, nawet jak idealnie przygotuje sie peelingiem itp...nie dla mnie ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja o dziwo ostatnio się do nich przekonałam :-)

      Usuń
  18. Szkoda, że Bielenda mocniej "pachnie". Nie cierpię tej woni ale sam produkt zapowiada się bardzo obiecująco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei bardzo polubiłam ten kwiatowy zapach :-)

      Usuń
  19. Zimą spróbuję może bielendy albo zaplanuję ją w przyszłym sezonie, mam lotion i piankę z Vita Liberata o której piszesz i jestem bardzo zadowolona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, VL bym chętnie spróbowała :-)

      Usuń
  20. Mam piankę z Bielendy i choć nie jest zła, to jednak preferuję produkty kremowe, jak na razie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w sumie z kremowymi samoopalaczami nie miałam do czynienia ;-)

      Usuń
  21. Na chwilę obecną posiadam opakowanie pianki samoopalającej z Avonu ale z pewnością po kolejną sięgnę Bielendę :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja mam zarówno pianki Bielenda jak i VL i nie uważam, by Bielenda była dużo słabsza, VL jest łatwiejsza w obsłudze - zawsze równo, zawsze pewnie :D, i trwalsza ;)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy